Życie pisze scenariusze, czyli skąd pomysł na film “Francuski numer”

Życie pisze scenariusze, czyli skąd pomysł na film “Francuski numer”

Życie pisze scenariusze.

Czytałem ostatnio, że ze względu na duże koszta transportu, ludzie w Polsce coraz częściej umawiają się na wspólna jazdę. Ktoś jedzie ze Szczecina do Krakowa, daje ogłoszenie, ze ma jakieś wolne miejsca w samochodzie i od razu ma kilku chętnych do podróży. Każdemu się opłaca, no bo koszty są mniejsze a i miłe towarzystwo w podróży, też ma znaczenie.

No chyba, że….

W 1986 roku chcieliśmy z kumplem pojechać z Paryża do Wiednia. Zadzwoniliśmy do instytucji, która informuje o wolnych miejscach w samochodach wyjeżdżających z Paryża. Następnego dnia o szóstej rano zameldowaliśmy się w umówionym miejscu, w pewnym hotelu. W holu obok nas usiadło dwóch Murzynów. Po jakimś czasie pojawiła się Francuzeczka. Wzięła od nas pieniądze, usiadła obok i zwróciła się do jakiegoś mężczyzny. Po chwili dała mu nasze pieniądze, coś podpisała. On dał jej papiery i jakieś kluczyki. Na moje pytanie, co robi, odpowiedziała, że kupuje samochód. Kupiła samochód za nasze pieniądze! Każdy normalny człowiek by się zbuntował! Ale nam było żal tych 300 franków… Wtedy to były nasze wszystkie pieniądze. Awantura na całego. W końcu jeden Murzyn nas ubłagał, bo miał niemiecką wizę ważną do północy i musiał koniecznie przed tą godziną opuścić Francję. Drugi Murzyn miał wszystko gdzieś. Powiedział, że zapłacił i ona musi go dowieźć na miejsce. Mógł z nią jeździć cały miesiąc – nigdzie mu się nie spieszyło.

Dopiero od tego momentu zaczęła się prawdziwa historia. Okazało się, że nasz samochód to stary, 25-letni mercedes. Podziurawiony od rdzy, bez świateł, z niedomykającymi się drzwiami i zepsutymi wycieraczkami, nie wspominając o rurze wydechowej, która od razu po ruszeniu odpadła. Za chwilę okazało się, że nasza dobrodziejka wynosi się z Francji na stałe i chce wykorzystać przewóz mienia. W samochodzie, oprócz nas, czyli pięciu osób z bagażami, pojawiły się liczne torby, walizki, siateczki i… kot – na szczęście w klatce.

Później musieliśmy znieść widok czułych pożegnań ze znajomymi. Uściskom i pogaduszkom, nie było końca, a my… czekaliśmy ściśnięci jak sardynki w puszce. Jakiś jej znajomy wreszcie zapytał naszą Francuzeczkę, czy przerejestrowała samochód. Bo jeżeli nie, to jej nie przepuszczą przez granicę (Wtedy granice były i to jakie!). Pojechaliśmy do Urzędu Miasta – tam powiedzieli, że najpierw musimy zrobić kontrolę techniczną. Pojechaliśmy do warsztatu, a tam stwierdzili, że nasz samochód nadaje się na szmelc, a nie do jazdy. No to spróbowaliśmy w innym warsztacie…, na koniec stwierdziła, ze ma to wszystko gdzieś i w końcu wyjechaliśmy z Paryża.

Była 22 w nocy, potworny deszcz, a ona bez świateł, bez wycieraczek, grzała po autostradzie 150 na godzinę. W samochodzie paliły się wszystkie możliwe lampki. Nagle potworny huk! Silnik musiał eksplodować! Pchaliśmy samochód przez 5 km. W końcu doczłapaliśmy się do stacji benzynowej. Na szczęście stał tam akurat policyjny radiowóz. Policjanci widząc nas brudnych, przemoczonych, kłócących się zażarcie. Pchających rozbity samochód, załadowany tobołkami po brzegi…rzucili się na nas, jak na terrorystów.

Jak to się skończyło? Napisałem scenariusz pt. „Road Movie”. Po poprawkach scenariuszowych powstał film w reżyserii Roberta Wichrowskiego – „Francuski numer”. A teraz jest w przygotowaniu film…francuski. Francuska produkcja, francuski reżyser i aktorzy. To będzie dopiero zabawa!

Mariusz Pujszo

Share This Post