Trzeba marzyć…czyli ja jako biały murzyn i hokeista

Trzeba marzyć…czyli ja jako biały murzyn i hokeista

Trzeba marzyć!

Listopadowy dzień. Jestem w samolocie lecącym do Paryża. Lekko znudzony opóźnionym wylotem, spoglądam na moich współtowarzyszy podróży. Widzę około stu twarzy i może tylko dwie z nich są radosne i pozytywnie nastawione do życia. Reszta to twarze smutne albo tragicznie poważne. Dlaczego jesteśmy tak pesymistycznie nastawieni do życia, dlaczego brakuje nam luzu, uśmiechu? Przecież od dawna wiadomo, że ludzie mili, uśmiechnięci i otwarci na innych mają łatwiejsze i ciekawsze życie.

Kiedyś mieszkałem we Francji. Było bardzo ciężko. Pamiętam, że kładąc się spać, myślałem nie o problemach, które mnie otaczają, ale o czymś pięknym, o jakimś sukcesie. Pamiętam lata 80 i 90 w Paryżu. Ciągła bieganina po castingach. Dwa, trzy castingi dziennie. Czasami determinacja z jaką na nie chodziłem, budziła podziw wśród kolegów z branży. Któregoś dnia z Żeńką Prywieziencewem stawiliśmy się na castingu do jakiegoś filmu. Okazało się że potrzebowali wyłącznie aktorów z Afryki. Zawiedzeni wyszliśmy z sali. Na korytarzu czekało na swoją kolej około 200 osób, których kolor skóry wyraźnie wskazywał na ich afrykańskie pochodzenie. Wpadliśmy z Żeńką na pomysł. Kupiliśmy pastę do butów i wysmarowaliśmy nią nasze całe słowiańskie ciała. Cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej i weszliśmy do środka. Łamanym francuskim z afrykańskim akcentem opowiedzieliśmy o naszych afrykańskich korzeniach. Po chwili, gdy kamera zrobiła nam zbliżenie, nasza mistyfikacja została odkryta. Reżyser płakał ze śmiechu. Nie zostaliśmy wyrzuceni, ale odwrotnie – reżyser, widząc naszą determinację, stwierdził, że specjalnie dla nas napisze role.

Jak powiedział, tak zrobił i zagraliśmy w tym filmie.

Innego dnia, poszukiwano aktorów z Europy Wschodniej do ról hokeistów. Na castingu reżyser zapytał mnie, czy jeżdżę na łyżwach. Ja, oczywiście, że jeżdżę wyśmienicie i że byłem nawet swego czasu w kadrze narodowej juniorów w hokeju na lodzie. Zadowolony reżyser stwierdził, że za trzy dni odbędzie się test na lodowisku. Wyszedłem uśmiechnięty, a za drzwiami – panika! Przecież ja nigdy życiu nie miałem na nogach łyżew, nie mówiąc o grze w hokeja! Podjąłem decyzję o ekspresowej nauce tej pięknej dyscypliny sportowej. Po trzech dniach, poobijany, z licznymi stłuczeniami, które odczuwam do dziś, zameldowałem się na testach. Było około 50 osób. Zadanie polegało na tym, że każdy z nas miał wjechać na środek, wziąć kij hokejowy i z krążkiem objechać całe lodowisko, strzelając na koniec do bramki. Wszyscy śmigali po lodzie, niczym zawodowi hokeiści. Po jakimś czasie wywołali pana Pujszo. Na środek lodowiska jechałem około 15 minut. Pamiętam te śmiechy, kiedy któryś raz z kolei przewracałem się. Powrót ze środka lodowiska zajął mniej czasu, bo kilku ludzi mi pomagało. Reżyser zapytał się jak to możliwe, że grałem w reprezentacji juniorów hokeju na lodzie, jeśli w ogóle nie umiem jeździć na łyżwach. Odpowiedziałem, że… grałem na bramce. Reżyser śmiejąc się żałował, że ten film nie jest komedią, bo wtedy na pewno by mnie zatrudnił.

Minęło kilka miesięcy i zadzwonił do mnie inny reżyser amerykańskiego filmu mówiąc, że mój telefon dostał od tamtego. Po spotkaniu otrzymałem ciekawą propozycję filmową. Teraz wiem, że warto było smarować się pastą do butów i udawać hokeistę. Że warto marzyć.

Mariusz Pujszo

Share This Post